okladka

Lampa

Starzec Świetlicki opowiada się po stronie wartości

Co Krzysztof Varga wraz z narzeczoną zrobili na wieść, że Świetlickiemu bardzo podoba się nowa płyta Leonarda Cohena? Oni się okrutnie i cynicznie zaśmiali. Z wyżyn swojej młodości obśmiali mnie, starca.

A co napisali internauci w komentarzach na temat tejże płyty? Oni z wyżyn swojej anonimowości stwierdzili na przykład, że sobie nie życzą tego mamroczącego Żyda.

I nawet Piotr Bratkowski na łamach Lampy leciutko zaznaczył, że powoli rozstaje się ze swoją młodzieńczą miłością do Leonarda Cohena.

A ja sobie płytę Dear Heather kupiłem i wysłuchałem kilkanaście już razy i normalnie jestem w tej płycie zakochany i tak łatwo to uczucie mi nie minie.

O ile kilka poprzednich zbiorów piosenek L.C. trochę odstręczało przez kiczowate i niemądre brzmienie, to na tej płycie wszystko jest jak należy. Przynajmniej tak to moje środowisko odczuwa. Mądre, proste, starcze piosenki. Z żeńskimi, a może już anielskimi chórkami. Mądry siedemdziesięcioletni poeta-kochanek otoczony ładnie zbudowanymi aniołami. Każdemu takiej starości bym życzył. A sobie najbardziej. Wasze młodociane środowisko nie ma naturalnie takich potrzeb, prawda? Wam wystarczą refleksje waszych mędrców? Kazików, Kuczoków, Wandachowiczów, Shutych i Kukizów?

Proszę bardzo.

Ale do rzeczy - Dear Heather to dwanaście piosenek plus jeden koncertowy bonus. Te piosenki składają się z tekstów i muzyki. Instrumenty są naturalne. Głosy są ludzkie. Teksty są niegłupie, muzyka jest również niegłupia. Przez ostatnie lata ktoś usiłuje nas przekonać, że im głupiej tym lepiej. Nie mam pojęcia, kto to jest, ale widać coraz wyraźniej efekty jego działalności.

Na szczęście ta płyta wymyka się temu trendowi. Jest pięknie i mądrze. I to niemal przez cały czas. Powiedzmy, zaczynając od drugiej piosenki. Bo pierwsza, mimo że piękna i, co ciekawe, do tekstu nie Cohena a Lorda Byrona, to nazbyt dancingowa i landrynkowa. Ale potem wracają właściwe, szlachetne proporcje. Trzeci numer - "The Letters" przepiękny. Bardzo porusza moje środowisko. Zwłaszcza ostatnia zwrotka:
"You walk into my room/You stand there at my desk/Begin your letter to/The one who's coming next" (Przechodzisz przez mój pokój/Stajesz tu przy mym biurku/I zamiast o mnie myslisz/zapewne o Pilchu Jurku - wolne tłum. by PDW).

To, ma się rozumieć, piosenka o mnie. Ma się rozumieć. A potem jest jeszcze piękniej. Kobiece anioły śpiewają Morning Glory, poeta mruczy historie o ostatnich miłościach, droga Heather proszę przejdź znowu koło mnie z drinkiem w dłoni i zbielałymi od zimy nogami, to cały tekst tytułowej piosenki, a są na świecie piosenki, które są o wiele dłuższe, a nie wyrażają dokładnie nic.

No więc w tekście niniejszym opowiadam się po stronie wartości.

I możecie mi państwo skoczyć.

Gazeta Wyborcza
Jerzy Jarniewicz
21 października 2004

Gasną światła

Czy Cohen ma dziś jeszcze coś ważnego do powiedzenia? Po wysłuchaniu najnowszej płyty, "Dear Heather" jestem pewien, że nie grozi mu zesłanie do antykwariatu wyobraźni. "Dear Heather" jest dziełem szczególnej urody. To przepojona spokojem medytacja nad przemijaniem, o którym Cohen śpiewa nie tylko własnymi, wyjątkowo oszczędnymi słowami, ale także bardziej kunsztownym wierszem innych poetów - George'a Byrona i Kanadyjczyka Franka Scotta. To płyta o rozstaniach, wygasaniu świateł i milknięciu słów, płyta pożegnalna (kilka utworów dedykowanych jest nieżyjącym przyjaciołom artysty). Niemal każda pieśń tej wyjątkowo spójnej propozycji uderza aranżacyjną inwencją i stylistycznym zróżnicowaniem, prowadząc słuchacza od modlitewnego chorału, przez melorecytacje, echa muzyki country, melancholijne rytmy walca, po swobodnie jazzujące partie instrumentalne. Choć płytą rządzi poetyka wyciszenia i minimalizmu, dawno nie słyszeliśmy u Cohena tak bogatego instrumentarium: niewielkie, ale znaczące role odgrywają tu drumla i wibrafon, lutnia oud i akordeon, saksofon i trąbka.

Ale najważniejszy jest głos. Cohen już wcześniej śpiewał w duecie z głosem żeńskim. Tu również jego baryton splata się harmonijnie z głosami Anjani Thomas i Sharon Robinson, wtóruje im jakby zza kadru i odpowiada cichnącym echem.

Cohen od zawsze śpiewał z kobietami i o kobietach, teraz wydaje się jednak, że to one jemu śpiewają. W znakomitym "Because Of" kobieta nie jest już przeciwnikiem w wojnie płci, ale ostatnią piastunką zwiastującą ukojenie dla starzejącego się i dziecinniejącego zarazem artysty. W niemal sakralnym "Morning Glory" kobiece głosy intonujące Gloria! wchodzą na miejsce podwojonego głosu poety, który nie potrafiąc znaleźć odpowiedniego słowa, przestaje mówić i "cały zamienia się w słuch". W piosence tytułowej sama obecność tajemniczej kobiety doprowadza do tego, że słowa rozsypują się na sylaby, a melodia ulega rozbiciu.

"Dear Heather" nie jest po prostu kolejną płytą Cohena. To prawdziwie nowy Cohen, wyciszony, afirmatywny. Siedemdziesięciolatek, który po jedenastu nagranych płytach ciągle ma coś ważnego do powiedzenia.

Paper Magazine
Październik 2004

Leonard Cohen - Dear Heather (Columbia)
Na ostatnim dziele Cohena, dźwięk jego szorstkiego barytonu przemawia na równi z jego wierszami.
W "Vilanelle for Our Time" recytuje piękne słowa piosenki na tle ledwo słyszalnych klawiszy, lekko tracanego basu i delikatnie muskanej perkusji. Anjani Thomas akompaniuje mu na ośmiu z dwunastu piosenek, wprowadzając swoim miękkim, ciepłym głosem idealna harmonię w jego głeboki pomruk. Efekt tego duetu ociera się o terytorium religijne w pieśni "The Faith," ktora, gdyby nie dzwięki lutni oud, stałaby się hymnem. Na wskroś samotna w tej chłodnej akustyce, Dear Heather ma jednak na tyle ciepla, by być odebrana jako niosąca współczucie.

Leon Wieseltier
19 sierpnia 2004

"Coś jakby plaga trądu na domu mi się ukazała."(14.35)
Takie oto tajemnicze słowa kieruje do kapłana właściciel domu, który dostrzegłszy niezwykłą skazę na swoim przybytku, szuka ukojenia lęku w osobie duchownego. Ten wers z Księgi Kapłańskiej zadziwia komentatorów swoją sugestywnością, nieprecyzyjnością, ładunkiem niepewności. Rzadko zdarza się, żeby w Biblii ktoś nie był czegoś pewien. Ten zaś mężczyzna nie informuje o trądzie, który gnębi jego dom, on mówi o swoim wrażeniu plagi. Dlaczego? Czyżby strach pozbawił go pewności osądu? Istnieje też inne wytłumaczenie (zawsze istnieje inne wytłumaczenie). Te niezwykłe w świetle innych biblijnych wersów słowa są głęboko ludzkie. Jak to ujął stary rabin, ich celem jest „nauczyć język mówić “nie wiem””.

Tu kończy się midrasz dla Dear Heather, ale głos, jaki słyszymy na tej refleksyjnej, kojącej płycie nie mógł powstać na języku innym niż ten, o którym mówił rabin. Dla artystów, poetów, myślicieli nie ma niebezpieczniejszej ułudy niż iluzja ostatniego słowa. Nie istnieje coś takiego jak ostatnie słowo, skoro w następnej chwili zmieni się światło, skończy się czułość, cień zniknie, lód stopi się, nadejdą wieści, ktoś zbije szklankę, przewróci stronę. Świat nie będzie wyglądał tak jak poprzednio, nie będzie też tym, czym był, kiedy pisałeś, mówiłeś albo śpiewałeś słowa, które miały go uchwycić, ogarnąć i określić raz na zawsze. Pomysł ostatniego słowa oddaje pragnienie wyzwolenia od zmienności i różnorodności życia, doprowadzenia doświadczeń i ich wyrażania do końca. Za doniosłością ostatniego słowa, wielką deklaracją, końcowym wyobrażeniem, ostateczną konkluzją – za wszystkimi tymi ideami jest żałosna nicość i zwodniczość autorytetu.

Dear Heather stanowi ripostę wobec wyczerpania i odrzucenia takiego autorytetu. Wartość tego albumu jest w odwrotnej proporcji do ilości zastosowanych środków artystycznych. Cohen był od zawsze zafascynowany własną nieznacznością, nie tyle buntując się przeciw niej, co w niej. Jego sztuka to nieustanna i inspirująca próba wydobycia sensu z bezsensu. Cohen nigdy nie opowiada o niczym wielkim ani trwałym, za wyjątkiem ironicznych momentów, kiedy zdaje się mówić: oto co wie ktoś, kto nie wie. Dear Heather stanowi idealny wyraz tej błyskotliwej pokory Cohena. Forma tej najnowszej płyty i filozofia jej autora są jednością. Album jest próbą zebrania i zapisania różnorodnych nastrojów i obserwacji – ostateczną deklaracją utraty zainteresowania określonością. Nastrój jest dygresyjny i wyciszony. Zostawia wrażenie eksperymentatorskiej prowizoryczności, niekompletności. Utwór Dear Heather jest w połowie albumu i wyznacza środek jego świata. Leonard nie zawsze śpiewa, czasem pozwala śpiewać innym (zwłaszcza Anjani Thomas, w której nadnaturalnie pięknym głosie Cohen odnalazł najbardziej nieziemskiego ze swoich „aniołów”). Chcąc dać wyraz temu co kocha, Cohen mówi własnymi słowami albo cytuje myśli innych. Nawet w smutku daje wyraz chwale.

filizanka
© 2004 Anjani Thomas

Dear Heather upaja się swoją świadomą rezygnacją z górnolotności. Album, w którym zawarte są wszelkie stany emocjonalne skupia się na podkreśleniu prawdziwości i piękna zwyczajności. I tak powstaje „On That Day”, elegia Cohena na temat wydarzeń z 11 września 2001 roku. Na okazję „dnia w którym zraniono Nowy Jork” Leonard wykonuje dwuminutową rymowankę przy akompaniamencie brzękliwej drumli. Mimo prostoty kompozycji, nie może być mowy o zniewadze. Utwór jest głęboko poruszający przez własne nieuleganie pokusie uwznioślenia, jak i ze względu na przesłanie: odpowiedzią na zło może być szaleństwo albo służba. Porównując tą niezwykłą refleksję z pompatycznymi koncertami pieśni żałobnych na rockowych arenach świata można nauczyć się czegoś na temat istoty smutku. Inny, niepozorny utwór, Dear Heather, jest jednocześnie zabawny i złośliwy. Tutaj nie smutek, a pożądanie zostaje przetłumaczone na język prawdy. Kobieta u boku mężczyzny obezwładnia go do tego stopnia, że musi on na nowo uczyć się sylabizować słowa. Cohena bawi banalność własnej żądzy. Tam gdzie kiedyś było rozżalenie teraz jest błazeństwo. Pożądanie zostało, ale nie ma już zniewolenia. A dowody wewnętrznego wyzwolenia są wszędzie na Dear Heather. Album jest oknem na serce nadzwyczaj ciekawego człowieka, śmiertelnika, który dobrze znosi tymczasowość.

Tłumaczenie: ©


Pico Iyer
Rio de Janeiro, 4 sierpnia 2004

Gdy pierwszy raz słuchałem „Dear Heather” stwierdziłem z zaskoczeniem „to taki urlop ze światłem”. Siedziałem w małym domku w centrum Los Angeles, patrząc przez okno na słoneczny ogród, kwiaty, na wodę płynącą z fontanny, w której pluskały się ptaki ( pobliska autostrada wydawała się być oddalona o miliony mil), a to co słyszałem mogło się wydawać odtworzeniem otaczającej mnie scenerii. Dawniej, szczególnie w przypadku albumu „Dziesięć nowych pieśni”, Leonard Cohen zwykle popychał swoje utwory w kierunku ciemności i ciszy, miejsca gdzie wszystko się kończy. Tak naprawdę moc tego albumu była zawarta w jego jednolitości, jedności tonu, pieśni przechodzących jedna w drugą z intensywnością grobową. Było to swoiste piękno małej chatki stojącej obok sali medytacji Zen wysoko w górach.

Piękno nowej płyty polega na ponownym powrocie do świata, celebrowaniu jego piękna, nawet tego przemijającego. W jednej ze swoich wczesnych piosenek o mnisim odosobnieniu Cohen pisze o tym jak „wchodzi noc”, gdy idzie pokłonić się Madonnie Samotności; teraz mam wrażenie, jakby noc odchodziła, aby ustąpić miejsca światłu. Pierwszą niespodzianką tej płyty jest różnorodność i niemal kwiecistość aranżacji muzycznych, w których śpiewak przeskakuje z jednego stylu muzycznego w drugi jak pszczoła brzęcząca wśród kwiatów. Gdy słuchałem płyty po raz pierwszy wyobrażałem sobie rząd przedmiotów ułożonych na stole, każdy z nich precyzyjnie zaokrąglony, jak kolorowe kulki, lśniące, ale nie wskazujące na nic poza nimi samymi. Można by rzec - jak ofiara na niedzielny poranek – czujące się w świetle słońca jak w domu.

Cohen cierpiał bardziej niż wielu innych piosenkarzy i poetów, jeśli weźmiemy pod uwagę podejrzenia dotyczące jego życia, a precyzyjniej rzecz wyrażając, legend otaczających jego życie; ludzie skwapliwie sięgają po piosenki, w których śpiewa o kobietach, lub też te, w których używa słowa „nagość” (często w przenośni) i często nie docierają do sedna sprawy. Drugi utwór na płycie jest typowym tego przykładem – to jest Cohen, jakiego znamy – kobiety, nagość, prośba „spójrz na mnie, Leonardzie”. To, że w tekście wielokrotnie używa własnego imienia, jest uwypukleniem tego, iż pisze o postaci, która wędruje przez świat, wśród pogłosek, plotek, własnych projekcji słuchacza. Razem z tą piosenką Leonard odchodzi.

Kolejne teksty porażają nas swoją pełnią lub też, inaczej mówiąc, brakiem rzucającej się w oczy śmiertelnej powagi. Są w jakimś sensie przezroczyste: jak zapiski w notatniku lub szereg przepisów przyczepianych na drzwiach lodówki. Gdy już spodziewamy się głębszego znaczenia, nowej ważnej linijki, nagłej zmiany, do czego byliśmy dotychczas przyzwyczajeni, on cofa się o krok, podając nam jeszcze raz tę samą linijkę. Gdy oczekujemy, że zaskoczy nas kolejnym niespodziewanym rymem, on zaskakuje nas słowem, którego już wcześniej się spodziewaliśmy. I często słowa te rozpuszczają się w mniejszym lub większym stopniu, gdy śpiewak eksperymentuje z intonacją, melorecytacją, gdzie muzyka znaczy więcej niż sama muzyka, a pieśń jest bliższa modlitwie czy rytualnej recytacji. „A twe nogi pobieliła zima”.

Przez cały czas jego głos, który już zaczął znikać z horyzontu na płycie „Dziesięć nowych pieśni”, na której na pierwszy plan wysuwa się głos Sharon Robinson, współspiskowca i współproducenta, teraz wydaje się być coraz dalej i dalej, zastępowany przez głosy Robinson i Anjani Thomas, które zastępują ciemne cohenowskie brzmienia lżejszymi, bardziej świetlistymi. Swoista ceremonia pożegnalna.

Gdy po raz pierwszy słuchałem tej płyty, zastanawiałem się często co znajdą w niej słuchacze. Wielu fanów oczekuje na długie, zagmatwane teksty, na przenośnie i teologiczne szepty; nie są przygotowani na pieśni prostolinijne, pełne świeżego powietrza, jak liryki z XVI wieku. Tymczasem autor obdarowuje nas tutaj zapiskami, uchwyconymi chwilami, czymś, co być może było zbierane, aby użyć w liście do przyjaciela. I to nie jest przypadek, jestem przekonany, że wszystko u Cohena jest dobrane bardzo precyzyjnie – w dołączonej do płyty CD broszurce są wszędzie szkice – proste, cudaczne, a w niektórych miejscach rysunki wyrastają wprost ze słów.

Każdy, kto parał się kiedyś pisaniem wie dobrze, że przejrzystość jest co najmniej tak samo trudna do osiągnięcia jak tajemnica. Tajemnica oznacza podróż ponad jaźń lub w głąb jaźni. Przejrzystość z kolei to zapis tego, co istnieje poza jaźnią i jest od niej niezależne. Zwykle gdy coś opisujemy, okrywamy to chmurą własnych przemyśleń, projekcji, nadziei, czasem zakłopotania. Przedstawienie rzeczy taką jaka jest naprawdę, jest zadaniem najtrudniejszym z możliwych. Dlatego podziwiamy martwą naturę Cezanne’a, lub też małe czerwone taczki w wierszu Williama Carlosa Williamsa.

Najłatwiejszą rzeczą jest niedocenianie lub też patrzenie w przeszłość. Mogę sobie wyobrazić krytyka muzycznego, którego ucieszy fakt, iż płyta ta – ujmując rzecz literalnie, zapis życia, bieżącego dnia - otwiera przed nami nową paletę kolorów; jednakowoż egzegeta może być zaskoczony faktem, że znajduje tam po prostu czyste słowa, bez dodatkowych znaczeń.Nie ma tam snucia opowiadań, nie ma tłumaczenia i komentarzy. Cohen zwykle był głosem walki i konfliktu wewnętrznego, poszukiwania. Tu jest trudniejszy do akceptacji – albowiem jego głos to głos zadowolenia. Tak, jakby oddzielił swoje ja od otaczających je rzeczy i powiedział: „one są właśnie takie. Nie potrzebują mnie”.

Gdy próbowałem uchwycić sens tej płyty, wymykający się ocenom, ponieważ jest oświetlony pełnym światłem, bez ukrywania w cieniu szczegółów, jak to zwykle jest u Cohena, pomyślałem o poezji Japończyków, wśród których żyję. Siewka. Dzwon świątyni. Nagietek. Dla nich obserwacja świata stała się obserwacją rytuału, obserwacją religii. Rzeczywiście, to właśnie z tego oddawania sensu Pound doszedł do imagizmu, a William Carlos Williams do swych taczek. Zen naucza nas patrzenia na wprost i na to co mamy pod stopami. Nie trzeba poszukiwać oświecenia, piękna czy analitycznej mądrości, nie trzeba szukać znaczenia czy też głębi. One już tu są – przed naszymi oczami.

Tłumaczenie: © Mirosław Dworniczak, Poznań, wrzesień 2004

Pico Iyer urodził się w Anglii w rodzinie hinduskiej. W dzieciństwie wyemigrował do USA, potem powrócił do Wielkiej Brytanii, gdzie studiował w Eton i Oxfordzie. Jest podróżującym dziennikarzem, „wioską na dwóch nogach”, jak sam siebie nazywa. Ponad 20 lat spędził w Japonii. Pracował dla takich redakcji jak „Time Magazine”, „The New Yorker”, „Harper’s”, „Sports Illustrated”, choć uznaje się w zasadzie za niezależnego dziennikarza i historyka społecznego.

Opera, the fastest and most secure web browser
kidprotect

Valid XHTML 1.0! Valid CSS!